
Sezon ogórkowy w kinie trwa, ciężko znaleźć jakieś dobre propozycje, które nie tracąc na fabule oczarowują widza efektami. Wchodząca do kina „Geneza Planety Małp” to wspaniała propozycja na deszczowy sierpniowy wieczór – jest i ciekawa historia, dobre efekty specjalne i nietypowi bohaterowie.

"Planeta małp" wstrząsnęła kinematografią w 1968 roku – wizja w której małpy przejmują kontrole nad światem ówcześnie była ciekawa i kontrowersyjna. To film, który pokazał zabawę konwencją ewolucji człowieka, wymyśloną przez Darwina. Świetny scenariusz, sporo akcji i mocno zaskakująca końcówka sprawiły, ze obraz stał się kasowym hitem. Popularność pierwszej części sprawiła, ze powstały następne filmy opowiadające o inteligentnych małpach. Czy „Geneza Planety Małp” powtórzy ich sukces? Okazuje się ze, tak, ponieważ już jest jednym z najbardziej dochodowych filmów 2011.

Akcja filmu rozgrywa się we współczesnym San Francisco, gdzie młody naukowiec Will Rodman (grany przez Jamesa Franco) prowadzi badania genetyczne. Jego celem jest znalezienie leku na alzheimera, choroby na która cierpi jego ojciec (znakomity John Lithgow). Badacze przeprowadzają eksperymenty na zwierzętach w wyniku których dochodzi do narodzin rasy wybitnie inteligentnych małp. Will przygarnia jedną z nich, dzięki czemu jesteśmy świadkami narodzenia się wyjątkowej więzi miedzy małpą a człowiekiem.
Film Ruperta Wyatta opowiada historie o dojrzewaniu i o niezwyklej potrzebie wolności i szacunku. Co śmieszniejsze te wartości w filmie pokazują nam małpy, a nie ludzie, którzy są zbyt zajęci myśleniem o zyskach i władzy niż o tolerancji i poszanowaniu czyjejś godności. W filmie oprócz trojki bohaterów ludzie przedstawieni są jako egoiści myślący tylko o swojej wygodzie i pieniądzach lub sławie jaka mogą osiągnąć kosztem zniewolonych zwierząt. Dlatego też przez cały film kibicujemy małpom.
Scenariusz tak samo jak efekty nie powalają, ale mimo wszystko seans w kinie zaliczam do udanych – głownie za sprawa głównego bohatera małpy o imieniu Cesar, która pokazuje, ze każdy ma prawo do wolności i poszanowania.
Tagi:
film
geneza planety małp
James Franco
planeta małp
recenzja filmu
Rise of the Planet of the Apes
Rupert Wyatt
Tom Felton
10.08.2011 o godz. 13:16
komentuj (2)
„127 godzin” to jeden z najciekawiej zrealizowanych filmów 2010 roku a przy okazji opowiadający wstrząsającą i opartą na faktach historię. Zdobywca Oskara reżyser Danny Boyle miał ciężki orzech do zgryzienia, pokazując opowieść o młodym człowieku uwięzionym w szczelinie – można by rzec, że historia zbudowana została na jednym aktorze i jednej klaustrofobicznej dziurze.

Aron Ralston (James Franco) młody mężczyzna, o wielkim temperamencie wyrusza na weekendową wyprawę w góry Utah, by oddać się swojej pasji – wspinaczce. Razem z nim podziwiamy przepiękny krajobraz wyludnianych gór i łapiemy promienie słońca, które w naszym zimowym krajobrazie są rzadkością. Aron jak przystało na poszukiwacza przygód, oprowadza dwie poznane turystki po zakamarkach gór, pokazując im odkryte przez siebie tajemnicze zakątki. Po całkiem udanym początku weekendu, wyrusza sam na dalsze zwiedzanie, w pewnym momencie osuwa się wąską szczelinę skalną, a jego prawa ręka zostaje przygnieciona przez potężny głaz. Aron szybko uświadamia sobie, że w tak opustoszałym miejscu, z małymi zapasami wody i jedzenia i ekwipunkiem w postaci kamery wideo, chińskiego scyzoryka i lin, nie ma za dużych szans na przeżycie. Jego walka potrwa 5 dni i 5 nocy…

Film zaliczam do gatunku ciężkich do zrealizowania – no bo jak zainteresować publiczność przyzwyczajoną do szybkich zwrotów akcji, mnogości przedstawianych miejsc i rozbudowanej obsady aktorskiej. Jak zbudować film mając w ekwipunku jednego aktora, szczelinę, kamerę video i kiepski scyzoryk?. Byłam bardzo ciekawa jak poradzi sobie z tą emocjonalną historią, mistrz montażów i ciekawych rozwiązań - angielski reżyser Danny Boyle.

Jak zwykle się nie zawiodłam – film który powinien być nużący nie nudził ani chwile. Reżyser zrealizował film żywy, emocjonujący i bardzo intensywny. Boyle zastosował szereg zabiegów np. retrospekcje pokazujące dzieciństwo bohatera, jego pierwsze zachwyty górami, jego stosunek do życia, rodziców, miłości. Dzięki temu poznajemy bohatera nie tylko poprzez działanie w tragicznej sytuacji, ale również w codziennych sytuacjach. Świetne są tragikomiczne scenki w których Aron przypomina sobie, że przez własny lekkomyślny charakter nie powiadomił nikogo gdzie jedzie. Jedną z najlepszych scen mamy gdy Ralston nudząc się przeprowadza sam ze sobą wywiad – pokazując przy tym własną głupotę i duże poczucie humoru, które go ratuje w najgorszych sytuacjach. Gdybyśmy widzieli tylko walkę o przeżycie bohatera, film stał by się nużący i emocjonalnie nie do wytrzymania, dlatego wstawki spełniają funkcję nie tylko poznawczą ale i relaksacyjną.

Ale wszelkie zabiegi montażowe nie pomogłyby obrazowi, gdyby nie prawdziwa wstrząsająca historia i bardzo ciekawy charakter głównego bohatera. Ralston to ciekawy świata, odważny ryzykant. Sam stanowiący o sobie, nie oglądających się na innych mężczyzna, który tak naprawdę wybrał życie w samotności. Z drugiej strony człowiek o wielkim poczuciu humoru, nie trącący zimnej krwi, który nie poddaje się w beznadziejnej sytuacji. I choć zdaje sobie sprawę, że on sam dążył do "swojego kamienia" przez całe życie to robi wszystko by z tej szczeliny się uwolnić.
Nie sposób nie pochwalić młodego Jamesa Franco, który do tej pory kojarzył mi się z filmów o człowieku pająku – Spider Man – po „127 godzinach” i nominacji do Oskara Franco będzie na pewno rozchwytywanym aktorem.
Wyszłam z filmu z niebywałym optymizmem i wiarą w ludzką siłę. Jest to film o przetrwaniu, a także obraz młodego mężczyzny, lekkomyślnego ryzykanta, który dzięki tragicznej sytuacji nauczył się nie tylko cenić życie, ale także ludzi, którzy go otaczają. Więc tak naprawdę film to wielka pochwała życia.

Aron Ralston (James Franco) młody mężczyzna, o wielkim temperamencie wyrusza na weekendową wyprawę w góry Utah, by oddać się swojej pasji – wspinaczce. Razem z nim podziwiamy przepiękny krajobraz wyludnianych gór i łapiemy promienie słońca, które w naszym zimowym krajobrazie są rzadkością. Aron jak przystało na poszukiwacza przygód, oprowadza dwie poznane turystki po zakamarkach gór, pokazując im odkryte przez siebie tajemnicze zakątki. Po całkiem udanym początku weekendu, wyrusza sam na dalsze zwiedzanie, w pewnym momencie osuwa się wąską szczelinę skalną, a jego prawa ręka zostaje przygnieciona przez potężny głaz. Aron szybko uświadamia sobie, że w tak opustoszałym miejscu, z małymi zapasami wody i jedzenia i ekwipunkiem w postaci kamery wideo, chińskiego scyzoryka i lin, nie ma za dużych szans na przeżycie. Jego walka potrwa 5 dni i 5 nocy…

Film zaliczam do gatunku ciężkich do zrealizowania – no bo jak zainteresować publiczność przyzwyczajoną do szybkich zwrotów akcji, mnogości przedstawianych miejsc i rozbudowanej obsady aktorskiej. Jak zbudować film mając w ekwipunku jednego aktora, szczelinę, kamerę video i kiepski scyzoryk?. Byłam bardzo ciekawa jak poradzi sobie z tą emocjonalną historią, mistrz montażów i ciekawych rozwiązań - angielski reżyser Danny Boyle.

Jak zwykle się nie zawiodłam – film który powinien być nużący nie nudził ani chwile. Reżyser zrealizował film żywy, emocjonujący i bardzo intensywny. Boyle zastosował szereg zabiegów np. retrospekcje pokazujące dzieciństwo bohatera, jego pierwsze zachwyty górami, jego stosunek do życia, rodziców, miłości. Dzięki temu poznajemy bohatera nie tylko poprzez działanie w tragicznej sytuacji, ale również w codziennych sytuacjach. Świetne są tragikomiczne scenki w których Aron przypomina sobie, że przez własny lekkomyślny charakter nie powiadomił nikogo gdzie jedzie. Jedną z najlepszych scen mamy gdy Ralston nudząc się przeprowadza sam ze sobą wywiad – pokazując przy tym własną głupotę i duże poczucie humoru, które go ratuje w najgorszych sytuacjach. Gdybyśmy widzieli tylko walkę o przeżycie bohatera, film stał by się nużący i emocjonalnie nie do wytrzymania, dlatego wstawki spełniają funkcję nie tylko poznawczą ale i relaksacyjną.

Ale wszelkie zabiegi montażowe nie pomogłyby obrazowi, gdyby nie prawdziwa wstrząsająca historia i bardzo ciekawy charakter głównego bohatera. Ralston to ciekawy świata, odważny ryzykant. Sam stanowiący o sobie, nie oglądających się na innych mężczyzna, który tak naprawdę wybrał życie w samotności. Z drugiej strony człowiek o wielkim poczuciu humoru, nie trącący zimnej krwi, który nie poddaje się w beznadziejnej sytuacji. I choć zdaje sobie sprawę, że on sam dążył do "swojego kamienia" przez całe życie to robi wszystko by z tej szczeliny się uwolnić.
Nie sposób nie pochwalić młodego Jamesa Franco, który do tej pory kojarzył mi się z filmów o człowieku pająku – Spider Man – po „127 godzinach” i nominacji do Oskara Franco będzie na pewno rozchwytywanym aktorem.
Wyszłam z filmu z niebywałym optymizmem i wiarą w ludzką siłę. Jest to film o przetrwaniu, a także obraz młodego mężczyzny, lekkomyślnego ryzykanta, który dzięki tragicznej sytuacji nauczył się nie tylko cenić życie, ale także ludzi, którzy go otaczają. Więc tak naprawdę film to wielka pochwała życia.
Film o rywalizacji? Film o sztuce, która wpędza w obłęd? Film o wymagającej matce przenoszącej ambicje na córkę? Film o młodej kobiecie, która wreszcie odkrywa swoje potrzeby? O tym wszystkim opowiada najnowszy film Darrena Aronofsky ‘ego „Czarny Łabędź”.

Kontrowersyjny reżyser nie od dziś uwielbia pokazywać bohaterów na krawędzi, ludzi, którzy nie bali się przekroczyć siebie, choć niejednokrotnie po tym spadali w przepaść. Filmy Aronofsky ‘ego nigdy nie pozostawiają widza obojętnie – przerażające „Requiem dla snu” do dziś jest dla mnie jednym z najbardziej wstrząsających filmów o uzależnieniach, „Zapaśnik” pokazywał historię o podstarzałej gwieździe wrestlingu borykającej się z alkoholizmem i samotnością (rola stworzona dla Mickeya Rourke). „Czarnego Łabędzia” możemy trochę porównać do pierwszego filmu reżysera „Pi” pokazującego historię o genialnym matematyku, który wpada w obłęd skupiając się coraz bardziej na swojej pasji do liczb.

Thomas (Vincent Cassel), charyzmatyczny dyrektor i genialny choreograf, chce wystawić osobistą interpretację „Jeziora łabędzi” Piotra Czajkowskiego. Jest to wielka szansa dla baletnic, ponieważ jedna z nich ma zagrać role białego i czarnego łabędzia - zadanie niesamowicie trudne technicznie ale i aktorsko. Tancerka musi pokazać delikatność i eteryczność białego łabędzia a także uwodzicielski urok i czające się zło czarnej odsłony. Nina, utalentowana balerina, marzy o głównej roli, jest uosobieniem niewinności i dobroci i znakomicie nadaje się na białego łabędzia. Podczas prób ma duże trudności by pokazać czarną odsłonę, do tego do zespołu baletnic dołącza wyzwolona Lilly, która staje się jej rywalką. Nina by zostać idealną kandydatką do roli musi zmierzyć się ze swoimi słabościami, pokonać zaborczość i niespełnione ambicje matki, pokonać rywalkę czyhająca na jej rolę i wreszcie musi odkryć ciemniejsza stronę swej osobowości…

„Czarny Łabędź” wprowadza nas do środowiska baletnic i królującym w nim zasad : widzimy mordercze treningi, wygięte do granic możliwości ciało, poranione palce, które baletnice obwiązują bandażami by tańczyć dalej. By pokazać eteryczny i magiczny taniec baletnice muszę poświęcić wszystko : ciało, potrzeby i przede wszystkim czas. Nikt tego nie wie lepiej od Natalie Portman, która w dzieciństwie uczyła się tańca, a do tego studiowała psychologię. Natalie jest wspaniała w roli Niny, znakomicie potrafi pokazać traumy jakie przezywa baletnica w konfrontacji z matką czy Lily (zjawiskowa Mila Kunis). Portman bardzo sumiennie przygotowywała się do roli, schudła kilkanaście kilogramów i ćwiczyła 5 razy w tygodniu pod czujnym okiem instruktora. Było to wielkie wyzwanie dla aktorki i trzymam kciuki za Portman w walce oscarowej.
„Czarny Łabędź„ to przejmujący i kameralny dramat psychologiczny, pokazujący drogę na szczyt i rodzącego się w mękach prawdziwego artystę, który musi się całkowicie zatracić by osiągnąć apogeum. Reżyser powoli odsłania swoje zamysły, bawiąc się widzem, który nie wie co jest w filmie prawdą a co fikcją, co jest realne a co jest wyobrażeniem głównej bohaterki, która z każdą minutą wpada w coraz większy obłęd i wprowadza nas w swój świat autodestrukcji.
Muzykę do filmu stworzył niezapomniany ze ścieżki dźwiękowej „Requiem dla snu” - Clint Mansell, który doskonale zgrał swoją wizje muzyczną z muzyką Piotra Czajkowskiego. W filmie duże wrażenie zrobiła na mnie charakteryzacja oraz znakomite kostiumy. Film doskonały w warstwie estetycznej – szczególne brawa należą się za charakteryzację Portman w finale – jako biały i czarny łabędź – nie tylko wspaniale wyglądała, ale dzięki montażowi i efektom specjalnym scena tańca była wyjątkowym przeżyciem.
„Czarny Łabędź„ to popozycja obowiązkowa dla fanów dobrej psychologicznej rozrywki. Pomimo silnej konkurencji oscarowej w postaci „Social Network” oraz „Jak zostać Królem” w warstwie estetycznej i emocjonalnej to dla mnie najlepszy film roku.

Kontrowersyjny reżyser nie od dziś uwielbia pokazywać bohaterów na krawędzi, ludzi, którzy nie bali się przekroczyć siebie, choć niejednokrotnie po tym spadali w przepaść. Filmy Aronofsky ‘ego nigdy nie pozostawiają widza obojętnie – przerażające „Requiem dla snu” do dziś jest dla mnie jednym z najbardziej wstrząsających filmów o uzależnieniach, „Zapaśnik” pokazywał historię o podstarzałej gwieździe wrestlingu borykającej się z alkoholizmem i samotnością (rola stworzona dla Mickeya Rourke). „Czarnego Łabędzia” możemy trochę porównać do pierwszego filmu reżysera „Pi” pokazującego historię o genialnym matematyku, który wpada w obłęd skupiając się coraz bardziej na swojej pasji do liczb.

Thomas (Vincent Cassel), charyzmatyczny dyrektor i genialny choreograf, chce wystawić osobistą interpretację „Jeziora łabędzi” Piotra Czajkowskiego. Jest to wielka szansa dla baletnic, ponieważ jedna z nich ma zagrać role białego i czarnego łabędzia - zadanie niesamowicie trudne technicznie ale i aktorsko. Tancerka musi pokazać delikatność i eteryczność białego łabędzia a także uwodzicielski urok i czające się zło czarnej odsłony. Nina, utalentowana balerina, marzy o głównej roli, jest uosobieniem niewinności i dobroci i znakomicie nadaje się na białego łabędzia. Podczas prób ma duże trudności by pokazać czarną odsłonę, do tego do zespołu baletnic dołącza wyzwolona Lilly, która staje się jej rywalką. Nina by zostać idealną kandydatką do roli musi zmierzyć się ze swoimi słabościami, pokonać zaborczość i niespełnione ambicje matki, pokonać rywalkę czyhająca na jej rolę i wreszcie musi odkryć ciemniejsza stronę swej osobowości…

„Czarny Łabędź” wprowadza nas do środowiska baletnic i królującym w nim zasad : widzimy mordercze treningi, wygięte do granic możliwości ciało, poranione palce, które baletnice obwiązują bandażami by tańczyć dalej. By pokazać eteryczny i magiczny taniec baletnice muszę poświęcić wszystko : ciało, potrzeby i przede wszystkim czas. Nikt tego nie wie lepiej od Natalie Portman, która w dzieciństwie uczyła się tańca, a do tego studiowała psychologię. Natalie jest wspaniała w roli Niny, znakomicie potrafi pokazać traumy jakie przezywa baletnica w konfrontacji z matką czy Lily (zjawiskowa Mila Kunis). Portman bardzo sumiennie przygotowywała się do roli, schudła kilkanaście kilogramów i ćwiczyła 5 razy w tygodniu pod czujnym okiem instruktora. Było to wielkie wyzwanie dla aktorki i trzymam kciuki za Portman w walce oscarowej.
„Czarny Łabędź„ to przejmujący i kameralny dramat psychologiczny, pokazujący drogę na szczyt i rodzącego się w mękach prawdziwego artystę, który musi się całkowicie zatracić by osiągnąć apogeum. Reżyser powoli odsłania swoje zamysły, bawiąc się widzem, który nie wie co jest w filmie prawdą a co fikcją, co jest realne a co jest wyobrażeniem głównej bohaterki, która z każdą minutą wpada w coraz większy obłęd i wprowadza nas w swój świat autodestrukcji.
Muzykę do filmu stworzył niezapomniany ze ścieżki dźwiękowej „Requiem dla snu” - Clint Mansell, który doskonale zgrał swoją wizje muzyczną z muzyką Piotra Czajkowskiego. W filmie duże wrażenie zrobiła na mnie charakteryzacja oraz znakomite kostiumy. Film doskonały w warstwie estetycznej – szczególne brawa należą się za charakteryzację Portman w finale – jako biały i czarny łabędź – nie tylko wspaniale wyglądała, ale dzięki montażowi i efektom specjalnym scena tańca była wyjątkowym przeżyciem.
„Czarny Łabędź„ to popozycja obowiązkowa dla fanów dobrej psychologicznej rozrywki. Pomimo silnej konkurencji oscarowej w postaci „Social Network” oraz „Jak zostać Królem” w warstwie estetycznej i emocjonalnej to dla mnie najlepszy film roku.
Dwa lata temu w moje ręce trafiła książka Elizabeth Gilbert o zastanawiającym tytule „Jedz, mód się i kochaj”, którą zabrałam z półki z bestsellerami. Książkę bardzo przyjemnie się czytało a niektóre fragmenty na długo zapadły mi w pamięć – była to lekka lektura o podążaniu duchową ścieżką. W głowie dudniło mi jedno pytanie – ciekawe kiedy przeniosą ja na ekran kinowy? Nie upłynęło dużo czasu, a siedziałam z przyjaciółką w kinowej sali czekając na seans. Na film poszłam zmęczona jesienną szarugą a wyszłam zadowolona i gotowa odkrywać smaki życia.

Film opowiada historię Liz (autobiograficzna historia pisarki Elizabeth Gilbert) , która na pierwszy rzut oka powinna być szczęśliwą kobietą – ma przystojnego męża, stylowy dom i świetną prace ….ale w środku czuje się pusta i wypalona. Zaraz podniosą się gromy czytelników, że ma wszystko i jej się nudzi, ale to głębsza sprawa. Liz czuje się w pułapce życia jakie sobie sama zbudowała, to nie jest jej miejsce. Po ciężkim rozwodzie, nawiązuje romans z młodym aktorem, ale on również nie potrafi jej dać bezpiecznego miejsca na ziemi. Sfrustrowana bohaterka postanawia rzucić wszystko i wybrać się na roczna podróż – Włochy – Indie – Indonezja.

Razem z bohaterką przezywamy jej duchowa drogę od apetycznych Włoch, gdzie Liz rozkłada na czynniki pierwsze swoje smutki i smakuje wspaniale wyglądających potraw. Czasem miałam wrażenie, ze czuje zapach przyrządzanych dań, a soczystość kolorów bijąca z ekranu podsycała mój apetyt. W Indiach Liz uczyła się cierpliwości i wyciszyła umysł z nachodzących ja wyrzutów sumienia i niepotrzebnych negatywnych myśli.. Na Bali, pozostało nauczyć się zrównoważyć świat fizyczny i duchowy i otworzyć serce….
Film „Jedz, módl się i kochaj” to nic innego jak piękna baśń dla dorosłych kobiet. Zagubiona Liz musi porzucić wszystko co ją uwiera i wyruszyć w drogę, która odkryje przed nią jej własną dusze i smaki życia. Po drodze Liz poznaje wiele wspaniałych ludzi – przewodników, którzy pokazują jej na co ma zwrócić uwagę w życiu, co uleczyć a co odrzucić. Dodając do tego niesamowite widoki, niepokojące zapachy i niezwykle nastrojową muzykę – my widzowie czujemy sie jak w bajce, nawet w najbardziej smutnych momentach tej historii.
Film razi naiwnością, ale pamiętajmy, ze to prawdziwa historia spisana z dzienników Elizabeth Gilbert. Książka napisana była ciekawym językiem i dawała mnóstwo informacji na temat kultury i obyczajów Włoch, Indii i Indonezji – w filmie już nie było na to czasu. Film w kwestii duchowej jest dość naiwny i prosty – niektórzy z nas prawdy przedstawione w filmie przeżyli już dawno, ale dla początkujących film może być doskonałym przeżyciem.
Siła filmu oprócz wspaniałych zdjęć i muzyki jest obsada aktorska – Julia Roberts znakomicie pasuje do poszukującej szczęścia Liz, czarujący jak zwykle jest Javier Bardem, a Richard Jenkins w roli dręczącego demonami z przeszłości Richarda jest znakomity.
Film polecam szczególnie ze względu na znakomita oprawę : zdjęcia, muzykę i obsadę… co do zawartości oceńcie ją sami…
Żaneta Lurzyńska

Film opowiada historię Liz (autobiograficzna historia pisarki Elizabeth Gilbert) , która na pierwszy rzut oka powinna być szczęśliwą kobietą – ma przystojnego męża, stylowy dom i świetną prace ….ale w środku czuje się pusta i wypalona. Zaraz podniosą się gromy czytelników, że ma wszystko i jej się nudzi, ale to głębsza sprawa. Liz czuje się w pułapce życia jakie sobie sama zbudowała, to nie jest jej miejsce. Po ciężkim rozwodzie, nawiązuje romans z młodym aktorem, ale on również nie potrafi jej dać bezpiecznego miejsca na ziemi. Sfrustrowana bohaterka postanawia rzucić wszystko i wybrać się na roczna podróż – Włochy – Indie – Indonezja.

Razem z bohaterką przezywamy jej duchowa drogę od apetycznych Włoch, gdzie Liz rozkłada na czynniki pierwsze swoje smutki i smakuje wspaniale wyglądających potraw. Czasem miałam wrażenie, ze czuje zapach przyrządzanych dań, a soczystość kolorów bijąca z ekranu podsycała mój apetyt. W Indiach Liz uczyła się cierpliwości i wyciszyła umysł z nachodzących ja wyrzutów sumienia i niepotrzebnych negatywnych myśli.. Na Bali, pozostało nauczyć się zrównoważyć świat fizyczny i duchowy i otworzyć serce….
Film „Jedz, módl się i kochaj” to nic innego jak piękna baśń dla dorosłych kobiet. Zagubiona Liz musi porzucić wszystko co ją uwiera i wyruszyć w drogę, która odkryje przed nią jej własną dusze i smaki życia. Po drodze Liz poznaje wiele wspaniałych ludzi – przewodników, którzy pokazują jej na co ma zwrócić uwagę w życiu, co uleczyć a co odrzucić. Dodając do tego niesamowite widoki, niepokojące zapachy i niezwykle nastrojową muzykę – my widzowie czujemy sie jak w bajce, nawet w najbardziej smutnych momentach tej historii.
Film razi naiwnością, ale pamiętajmy, ze to prawdziwa historia spisana z dzienników Elizabeth Gilbert. Książka napisana była ciekawym językiem i dawała mnóstwo informacji na temat kultury i obyczajów Włoch, Indii i Indonezji – w filmie już nie było na to czasu. Film w kwestii duchowej jest dość naiwny i prosty – niektórzy z nas prawdy przedstawione w filmie przeżyli już dawno, ale dla początkujących film może być doskonałym przeżyciem.
Siła filmu oprócz wspaniałych zdjęć i muzyki jest obsada aktorska – Julia Roberts znakomicie pasuje do poszukującej szczęścia Liz, czarujący jak zwykle jest Javier Bardem, a Richard Jenkins w roli dręczącego demonami z przeszłości Richarda jest znakomity.
Film polecam szczególnie ze względu na znakomita oprawę : zdjęcia, muzykę i obsadę… co do zawartości oceńcie ją sami…
Żaneta Lurzyńska
Uwielbiam kiedy kino wdaje się w romans z modą i muzyką, tak jak w przypadku filmu „The Runaways”. Ostra punkowa muzyka, świetne stylizacje powracających do mody lat 70, oraz wspaniałe aktorstwo – to wszystko znajdziecie w biograficznej historii buntowniczego zespołu, wyreżyserowanego przez Florię Sigismondi.

Film opowiada historię kontrowersyjnego zespołu muzycznego „The Runaways”, który w latach 70, określany był jako największe odkrycie po The Beatles. Nie ma się czemu dziwić, skoro tworzyło go pięć zbuntowanych , nieletnich dziewcząt, które nie miały zamiaru stać w kącie, chciały grac muzykę ostrzejszą niż mężczyźni i tak samo ostro imprezować.
Zespół został założony 5 sierpnia 1975 roku przez perkusistkę Sandy West oraz gitarzystkę Joan Jett (Kristen Stewart). Dołączyła do nich wokalistka Cherrie Currie (Dakota Fanning), młoda wokalistka, która miała zadanie być dziką na scenie. The Runaways zostało zauważone przez producenta Kima Fowley, który sprawił że grupa w przeciągu dwóch lat zdobyła międzynarodową sławę. Film opowiada opowiada o trudnych początkach garażowego grania, po trasę koncertową po Japonii, która ostatecznie skończyła karierę zespołu. Kłótnie pomiędzy dziewczynami i narkotykowe uzależnienie Cherrie Currie spowodowały rozpad zespołu, u szczytu ich popularności.

The Runaways pokazuje dojrzewanie w trasie, hotelowe życie, narkotyki i alkohol oraz przygodne romanse, które niszczą psychikę niedojrzałych dziewczyn, pozostawionych bez opieki. Fabuła filmu jest dość przewidywalna (w końcu wystarczy przeczytać biografię zespołu), ale obraz ratuje klimat ciężkiego punkowego grania. Stara prawda, używana często w filmach mówi, że, jeżeli pochodzisz z rozbitego domu, wydaje ci się ze nigdzie nie pasujesz, weź gitarę w ręce, napisz o tym tekst i zostań idolem innych, by poczuć wreszcie przynależność - tak można określić życie dziewcząt z The Runaways.

W filmie urzekły mnie dwie młode aktorki, które zostały wręcz stworzone do ról dziewczyn z The Runaways. Kristen Stewart jako Joan Jett, przypomina mi buntowniczego Jamesa Deana, dziewczynę która kocha ostre brzmienie. Nie wiemy nic o jej pochodzeniu, rodzinie, jest bardzo skryta i nastawiona na rock and roll. Jej przeciwieństwem jest Dakota Fanning jako Cherrie Currie – dziewczyna wybrana do zespołu głownie przez swój wygląd, zagubiona i podatna na używki, tęskniąca za domem. Obie aktorki dały niezłe przedstawienie, ostra i skupiona na muzyce Stewart oraz zagubiona i delikatna Dakota. Ich kreacje aktorskie na długo pozostaną w pamięci. Tak samo jak długo komentowany pocałunek przez fanów aktorek.

Dodając do tego świetną muzykę i wstawki z koncertów, które tętnią życiem i radością buntu młodych dziewcząt, oraz znakomite stylizacje, które będą zapewne odwzorowywane przez młode fanki zespołu oraz filmu , mamy prawdziwą mieszankę wybuchową. Film taki jak bohaterki, - świeży, modny, buntowniczy i pełny życia.

Film opowiada historię kontrowersyjnego zespołu muzycznego „The Runaways”, który w latach 70, określany był jako największe odkrycie po The Beatles. Nie ma się czemu dziwić, skoro tworzyło go pięć zbuntowanych , nieletnich dziewcząt, które nie miały zamiaru stać w kącie, chciały grac muzykę ostrzejszą niż mężczyźni i tak samo ostro imprezować.
Zespół został założony 5 sierpnia 1975 roku przez perkusistkę Sandy West oraz gitarzystkę Joan Jett (Kristen Stewart). Dołączyła do nich wokalistka Cherrie Currie (Dakota Fanning), młoda wokalistka, która miała zadanie być dziką na scenie. The Runaways zostało zauważone przez producenta Kima Fowley, który sprawił że grupa w przeciągu dwóch lat zdobyła międzynarodową sławę. Film opowiada opowiada o trudnych początkach garażowego grania, po trasę koncertową po Japonii, która ostatecznie skończyła karierę zespołu. Kłótnie pomiędzy dziewczynami i narkotykowe uzależnienie Cherrie Currie spowodowały rozpad zespołu, u szczytu ich popularności.

The Runaways pokazuje dojrzewanie w trasie, hotelowe życie, narkotyki i alkohol oraz przygodne romanse, które niszczą psychikę niedojrzałych dziewczyn, pozostawionych bez opieki. Fabuła filmu jest dość przewidywalna (w końcu wystarczy przeczytać biografię zespołu), ale obraz ratuje klimat ciężkiego punkowego grania. Stara prawda, używana często w filmach mówi, że, jeżeli pochodzisz z rozbitego domu, wydaje ci się ze nigdzie nie pasujesz, weź gitarę w ręce, napisz o tym tekst i zostań idolem innych, by poczuć wreszcie przynależność - tak można określić życie dziewcząt z The Runaways.

W filmie urzekły mnie dwie młode aktorki, które zostały wręcz stworzone do ról dziewczyn z The Runaways. Kristen Stewart jako Joan Jett, przypomina mi buntowniczego Jamesa Deana, dziewczynę która kocha ostre brzmienie. Nie wiemy nic o jej pochodzeniu, rodzinie, jest bardzo skryta i nastawiona na rock and roll. Jej przeciwieństwem jest Dakota Fanning jako Cherrie Currie – dziewczyna wybrana do zespołu głownie przez swój wygląd, zagubiona i podatna na używki, tęskniąca za domem. Obie aktorki dały niezłe przedstawienie, ostra i skupiona na muzyce Stewart oraz zagubiona i delikatna Dakota. Ich kreacje aktorskie na długo pozostaną w pamięci. Tak samo jak długo komentowany pocałunek przez fanów aktorek.

Dodając do tego świetną muzykę i wstawki z koncertów, które tętnią życiem i radością buntu młodych dziewcząt, oraz znakomite stylizacje, które będą zapewne odwzorowywane przez młode fanki zespołu oraz filmu , mamy prawdziwą mieszankę wybuchową. Film taki jak bohaterki, - świeży, modny, buntowniczy i pełny życia.





